W Klagenfurcie Arek Janczarek po raz pierwszy usłyszał “Arek, you are an Ironman”. Cały dystans zrobiony na wymagającej trasie. Jak sam mówi – to bezcenne uczucie. A jak wyglądał wyścig? Dostaliśmy szczegółową relację. Przytaczamy całość relacji, bo żal było cokolwiek skracać.

Do Karyntii dotarliśmy w czwartek po południu. Klagenfurt przywitał nas pieknym słońcem i 30 stopniami. I tak juz zostało do niedzieli. Od przyjazdu czuć bylo w mieście zbliżającego się święta. Trzeba powiedzieć, że austriacki Ironman to święto sportu i zabawa. Przez 3 dni na miejscu zrobiłem tylko lekki rozruch wedlug zaleceń trenera. W sobotni poranek odprawa po angielsku. Pelny namiot ludzi. Na oko ze 2000. Potem druga tura w jezyku niemieckim. Nastepnie rower do strefy zmian, worki i i do domu. W sobotę o 20:00 można było wypić jedno piwo na sen i położyć się spać. Pobudka o 3:00, śniadanie, rozciaganie i i ruszam do T1 i T2. Uzupelniam bidony, dopompowuję koła i lecę nad wodę. Strzał z armaty, huk i PRO wskakują do wody, a wśród nich Daniela Ryf. Jaram się. [dzień wczesniej foto z Danielą, autograf] Startujemy. Woda krystalicznie czysta, ciepła. W głowie zalecenia Maćka. Nie wskakiwać na zbyt wysokie tętno. Do końca miałem nadzieję, że pływanie będzie w piankach [pianki są zabronione, gdy temperatura wody jest wyższa niż 21 stopni C- przyp]. Niestety obawy sie potwierdziły, pływanie bez pianek, ale… płynie się dobrze lekko. Mijam kolejne bojki i nawrót, potem drugi i nagle plyniemy pod słońce. Nic nie widzę. Dostrzegam kolejne boje praktycznie na nie wpływajac. Trzymam sie w nogach raz jednych, raz drugich. Ostatnia bojka mocno odsunięta na lewo od kanalu, do ktorego wpływaliśmy. Wychodzimy na brzeg.

Do T1 biegniem z 350 – 400 metrow. Już wiem, że czas z plywania jest słaby. Może to problemy z nawigacją, być moze też zbyt zachowawczo podszedłem. Na rowerze jedzie mi się dobrze. Wiedzialem, że trasa jest wymagająca praktycznie bez prostych odcinków. Albo z góry, albo pod górę. Na 90 km stanąlem w blokach na podjeździe, mocno nacisnąlem i coś zgrzytnęło. Od tej pory miałem problem z napędem. Zdarzało się, że przerzutki same przeskakiwaly. Zastanawiałem sie czy nie zatrzymać się na punkcie serwisowem, ale oststecznie stwierdziłem, że uda mi się dojechać. Gdy byłem na 150 kilometrze – burza. Pioruny, grad, deszcz, silny wiatr. I moje koła z bazaltową powierzchnią nienadające się na deszcz. Centymetr wody na drodze i i ogromny strach przed zjazdami z góry. Oba hamulce na maksa dociśnięte, a rower i tak rozpedza się zamiast hamować. W pewnym momencie wypiąłem buty. To była pełna gotowość na to, żeby położyć rower. I tak prawie do mety. Dopiero ostatnie 4 km to długa prosta dajaca szansę przyspieszyć . Ostatecznie rower rownież poniżej oczekiwań. Na treningach wychodzilo zdecydowanie lepiej.

W T2 szybkie siku i na bieg. Początek w zakładanym tempie ok 5 min/km. Gdzieś na 12 km pojawia się pierwszy kryzys i świadomość, że jeszczec 30!!! Zero usmiechu do kibicujacych Marty i dzieciaków. Cierpiałem psychicznie, bo chyba jeszcze nie fizycznie. Tempo spadło. Przy punktach żywieniowych zwalnialem do marszu. Bolało. Ostatecznie czas biegu lepszy o 4 minuty od mojego pierwszego Maratonu Warszawskiego, który robiłem 6 lat temu. Na całej trasie zjadłem 15 zeli, dwa batony, dwa banany, trzy szoty magnezowe, 1 szot kofeinowy, wypilem 1l orsalitu, 1l coli i nie wiem ile wody.

Wspaniała przygoda. Organizacyjnie nieporównywalna z żadną inną imprezą organizowaną w Polsce. Na bufetach na bieganiu woda, cola, piwo, izo, red bull, paluszki, precle, owoce, pizza. Trybuny na mecie jak na kortach wielkiego szlema. Na trasie mnóstwo kibiców czytajacych imiona i krzyczących po imieniu do uczestników. W ogrodkach muzyka. 4000 uczestnikow, 2000 wolontariuszy. Szok!!!! Nikt nie narzeka, że miasto zamknięte, że ruch wstrzymany. To po prostu jeden wielki piknik, festyn. To trzeba przeżyć. No i uslyszeć na mecie “Arek you are an Ironman” bezcenne.